Strona główna
Internetowej
Gazety Katolików

Stanisław Krajski

Unia Europejska, chrześcijaństwo i masoneria

Od kilku lat zbieram materiały do książki (która pewnie wyjdzie już w tym roku) pt. „Unia Europejska, chrześcijaństwo i masoneria” Wśród tych materiałów jest dużo książek, które ukazały się nakładem jezuickiego wydawnictwa WAM (kiedyś Wydawnictwa Apostolstwa Modlitwy) zajmującego się od kilku dobrych lat propagowaniem idei integracji. W jednej z nich wydanej w 1999 r. pracy zbiorowej pod redakcją Jacka Czaputowicza pt. „Integracja europejska. Implikacje dla Polski” znalazłem jego rozważania na temat losów polskiej suwerenności i tożsamości narodowej po integracji Polski z Unią Europejską. Taktyka autora jest charakterystyczna dla promotorów Unii Europejskiej. Nie pomniejsza on nawet zagrożeń dla Polski. Próbuje tylko zmienić sens podstawowych pojęć i, w ten sposób „zaczarować” te zagrożenia.

Swe rozważania na temat polskiej suwerenności w kontekście Unii Europejskiej zaczyna w sposób następujący: „Unia Europejska wykracza poza formę zwykłej organizacji międzynarodowej, definiowanej jako stowarzyszenie suwerennych państw, wyposażonej we wspólne organy i utworzonej na podstawie międzynarodowej umowy. Jak to ujął jeden z teoretyków, Unia Europejska może integrować się politycznie jedynie wykraczając poza suwerenność poszczególnych państw, perswadując je, aby przyjęły status jednostek podporządkowanych i rekonstruując suwerenność na wyższym poziomie.(podkreślenie – S. K.) Proces ten powoduje stopniową zmianę kierunku lojalności obywateli i obumieranie tradycyjnego państwa typu westfalskiego.”

Na czym polegają, według Czaputowicza, skutki tego procesu?

W pierwszym rzędzie państwa tracą niektóre „tradycyjne atrybuty suwerenności” (podkreślenie-S. K.) ale za to, podkreśla Czaputowicz, „pozyskują nowe techniki realizacji interesów”.

Wynika z tego, że zakres decyzji, które mogą podejmować te państwa jest bardzo ograniczony. Jednak, stwierdza Czaputowicz: „Nie zakres podejmowanych przez państwo decyzji jest decydujący, a możliwość realizacji własnych interesów.

Czaputowicz zwraca uwagę na to, że pojawia się tu zjawisko ponadnarodowości, które polega na tym, że państwa przekazują „prawa zwierzchnie” Unii Europejskiej. Zjawisko to potęguje się bowiem występują tu łącznie trzy cechy: „niezależność niektórych organów europejskich od państwa członkowskich, transfer pewnych kompetencji na rzecz organizacji oraz bezpośrednie obowiązywanie norm prawnych.”

Skutek tego jest taki, że Unia Europejska posiada „możliwość stanowienia prawa, które wiąże zarówno państwa jak i jednostki”, że występuje tzw. autonomia sądowa „przejawiająca się w tym, że w sprawach uregulowanych traktatem (a więc w większości spraw – dop. S. K.) jedynym władnym organem jest Trybunał Sprawiedliwości, a jego jurysdykcja jest obowiązkowa”, że występuje „konieczność podporządkowania się orzeczeniom Trybunału w całości”, że „jednostka może skarżyć działania państwa” (może występować przed organami Unii przeciwko własnemu państwu i po wygraniu sprawy egzekwować od niego to, co wyrok jej zasądza), że występuje tzw. autonomia finansowa (Unia nie zależy w tej perspektywie od państw członkowskich bo sama pobiera sobie od nich i ich obywateli podatki i cła).

Tak jak państwa członkowskie nie posiadają „tradycyjnej” suwerenności tak prawo Unii Europejskiej nie jest „tradycyjnym” prawem międzynarodowym ponieważ „nie wymaga pośrednictwa państwa w stosowaniu go do jednostek.”

Czaputowicz przypomina, że już w 1964 r. Trybunał Sprawiedliwości „stwierdził, że Traktat o Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej stworzył własny system prawny, który stał się integralną częścią systemu prawnego państw członkowskich.” Wynika z tego, stwierdza Czaputowicz, że: „Poprzez utworzenie Wspólnoty państwa członkowskie ograniczyły swoją suwerenność oraz utworzyły prawo, które obowiązuje bezpośrednio zarówno państwa jak i obywateli. Prawo Wspólnot jest więc niezależnym źródłem prawa, które uprzedza krajowe normy prawne. Ponieważ państwa się tego wyrzekły, nie mogą już same stanowić prawa w dziedzinach objętych uregulowaniami traktatowym (takich dziedzin jest coraz więcej i niedługo będzie trudno wskazać dziedzin, które do nich nie należą – dop. S. K.).....Prawo wspólnotowe stanowi więc integralną część prawa wewnętrznego państw członkowskich....Normotwórczy charakter Wspólnot Europejskich powoduje, że poprzez powiązania państw członkowskich gęstą siecią norm prawnych, proces integracji europejskiej staje się w jakimś stopniu nieodwracalny.”

To jednak jeszcze nie wszystko. Suwerenność państw członkowskich zostaje praktycznie ograniczona do zera bo, jak stwierdza Czaputowicz: „Poprzez fakt, że państwa przenoszą część suwerenności do instytucji znajdujących się na wyższym poziomie (podkreślenie – S. K.), tworzy się system zachodzących na siebie autorytetów i zwielokrotnionych lojalności. Władza państwa narodowego ulega rozproszeniu w trzech kierunkach: w płaszczyźnie pionowej do Unii Europejskiej oraz na szczebel lokalny i regionalny, w płaszczyźnie poziomej do organizacji transnarodowych. (...) Odpowiedzialne są za to trzy równoległe procesy: integracji europejskiej, fragmentacji i globalizacji.”

O co tu chodzi? Ano o to, że państwo będące członkiem Unii Europejskiej jest związane przez prawo i organy Unii, a poprzez to prawo i te organy również przez prawo narzucane przez różne organizacje ogólnoświatowe i ich wolę (globalizacja). Proces fragmentacji polega zaś na tym, że będąc zmuszone do przestrzegania prawa Unii Europejskiej państwo członkowskie nie będzie mogło ingerować w decyzje władz lokalnych lub podejmowane na szczeblu ponadnarodowych regionów obejmujących terytorium kilku państw członkowskich (także ich własne)

Czaputowicz dzieli się w tym momencie z nami dwiema kapitalnymi uwagami. Po pierwsze przypomina przesłanie „kultowych” w Unii Europejskiej jej teoretyków: „Aby Europa stała się biegunem, musi w niektórych ważnych dziedzinach upodobnić się do państwa.”

Po drugie zwraca uwagę na to, że sytuacja w Europie zaczyna dziś przypominać sytuację w średniowieczu gdzie szczególną ponadnarodową rolę spełniał Kościół ograniczając w znacznej mierze suwerenność poszczególnych państw.(s. 37) Z rozważań Czaputowicza wynikałoby, że Unia Europejska jest takim nowym Kościołem. Otwarte pozostaje tu pytanie kto ustala dogmaty i cały porządek wiary i kto pełni funkcje papieża, kardynałów, biskupów i przewodniczących poszczególnych kongregacji, a w szczególności unijnej Kongregacji Doktryny Wiary. Dla mnie odpowiedź jest prosta i jednoznaczna – masoni.

To wszystko nie jest jednak dla Czaputowicza i innych promotorów integracji Polski z Unią Europejską żadnym problemem. Zanika tylko „tradycyjna” suwerenność państw ale pojęcie suwerenności państwa jest definiowane na nowo. Możemy posiadać przecież suwerenność „symboliczną” albo „proceduralno-materialną” ale najlepiej nową suwerenność „realną”, która polega na realizacji swojego własnego interesu” (Jakiego? Czyjego? Kto go określa? – pytania S. K.) i to „za pomocą międzynarodowych instytucji”.

W ten sposób obok „kochających inaczej” pojawiają się „suwerenni inaczej”.

Czyżby Czaputowicz nie widział żadnych zagrożeń dla Polski ze strony Unii Europejskiej ?

O nie. Widzi takie zagrożenia. Pisze: „Dotyczą one przede wszystkim zachowania tożsamości narodowej. Kryterium istnienia państwa jest suwerenność, natomiast kryterium istnienia grupy społecznej, również narodowej, jest zachowanie tożsamości. Grupa społeczna przestanie istnieć, gdy straci swą tożsamość, podobnie jak państwo przestanie istnieć, gdy straci swą suwerenność. W wyniku procesu integracji europejskiej tradycyjnie (podkreślenie S. K.) rozumiana suwerenność, legitymacja i efektywność państwa terytorialnego podlega erozji, przez co kultury narodów europejskich pozbawione są tradycyjnej (podkreślenie – S. K. ochrony. Związek pomiędzy narodem i państwem jest osłabiony, lojalność obywateli przechodzi na poziom ponadnarodowy.”

Czaputowicz widzi i te zagrożenia ale się ich nie boi. Wniosek z tego jeden. Tak dla niego jak i dla innych promotorów integracji Polski z Unią Europejską tak państwo polskie jak i naród polski nie są czymś co należy cenić i chronić.

Na koniec wyciągnąłbym jeden prosty i oczywisty wniosek. Każdy kto chciałby aby istniało państwo polskie i było suwerenne, kto chciałby, by za dwadzieścia, pięćdziesiąt i sto lat istniał naród polski powinien zdać sobie dziś sprawę z tego, co oznacza proces integracji Polski z unią Europejską. Ci zaś, którzy tego nie chcą powinni swoje działania rozważyć w swoim sumieniu i zachowując uczciwość mówić głośno: „Nie czuję się Polakiem. Nie jestem więc Polakiem. Jestem mieszkańcem Polski. Chciałbym żeby Polski i Polaków nie było.”

Wszyscy powinniśmy pamiętać, tak my jak i oni, o tym, że są decyzje, których nawet demokratycznie nikomu nie wolno podjąć. Nie możemy demokratycznie podjąć decyzji, że czarne to białe. Nie możemy demokratycznie podjąć decyzji, że część z nas już nie jest ludźmi. Nie wolno nam nawet druzgocącą przewagą głosów niszczyć polskiego państwa i podważać fundamentów polskiego bytu narodowego.

Stanisław Krajski

Unia Europejska i Rząd Światowy

Onegdaj został opublikowany w „Naszym Dzienniku” mój artykuł pt. „Fundacja Batorego – otwieranie na zło” Wymieniłem w nim wśród wielu instytucji biorących pieniądze od Fundacji Batorego również dominikańskie wydawnictwo „W Drodze” i dominikański miesięcznik „W Drodze”, jezuickie Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy i jezuicki „Przegląd Powszechny”. Następnie stwierdziłem: „ciekawe byłyby tu bardzo np. analizy porównawcze zawartości czasopism „W Drodze” i „Przeglądu Powszechnego” w okresie przed braniem pieniędzy od fundacji i okresie w trakcie brania pieniędzy. Jakoś bardzo dużo ostatnio pojawiło się tam materiałów optujących za Unią Europejska i społeczeństwem otwartym.” (przypomnę, że „społeczeństwo otwarte” to społeczeństwo ideowo „pluralistyczne”, które, w praktyce odrzucając obiektywne kategorie prawdy i dobra, traktuje w równy sposób wszystkie religie, światopoglądy, ideologie, filozofie i moralności).

Ostatnio wpadła mi w ręce książka pt. „Chrześcijaństwo a integracja europejska” wydana nakładem „WAM” (nazwa Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy by jakoś do niej nie pasowała) w 1997 r. Książka ta nie jest dotowana przez Fundacje Batorego. Za to na jej czwartej stronie tytułowej czytamy :”Książka wydana dzięki dotacji Przedstawicielstwa Wspólnot Europejskich w Polsce i wsparciu Pana Ambasadora Unii Europejskiej Rolfa Timansa”.

Publikacja ta to zbiór rozważań głównie autorstwa jezuitów z różnych krajów zachodnich (na dziesięciu autorów tylko trzech nie jest jezuitami) dotyczących Unii Europejskiej. Z wprowadzenia do niej, które nosi tytuł „Dlaczego powstała ta książka?” dowiadujemy się, że: „Choć w życiu każdego z nas najważniejsze jest zaangażowanie religijne, co u wielu wyraziło się przynależnością do zakonu jezuitów, okazało się jednak, że musimy z uwaga słuchać się nawzajem, bowiem partykularne, prowincjonalne i stronnicze punkty widzenia bardzo trudno wykorzenić. Nie mamy wiec najmniejszych złudzeń, co by się działo, gdybyśmy chcieli powtórzyć ten eksperyment z kolegami należącymi do innych Kościołów chrześcijańskich lub innych religii. A bardzo pragnęlibyśmy to zrobić. Ale powstrzymała nas tym razem chęć jak najszybszego sporządzenia możliwie spójnej religijno-etycznej krytyki stanu, w jakim Europa kończy to stulecie i drugie milenium.”

W części czwartej książki zatytułowanej „Nowa wspólnota polityczna” znajdujemy bardzo ciekawy materiał autorstwa Norberta Brieskorna SJ pt. „Znaczenie obywatelstwa europejskiego” Czytamy tam między innymi: „Oczywiście Bóg może powołać każdego do szczególnego zadania, nie jest więc wykluczone, że może także powołać ludzi do szczególnych działań dla i na tym kontynencie. W jaki sposób można rozpoznać takie powołanie? Musi ono odzwierciedlać ducha Kazania na Górze, nie może być realizowane w sposób fanatyczny...(...) Występowanie w sprawie Europy jest zadaniem znaczącym, ale nie możemy dopuścić, by misja ta opierała się wyłącznie na podstawach chrześcijańskich. (...)Czasami przychodzi mi do głowy heretycka myśl że byłoby to znacznie łatwiejsze, gdybyśmy tylko mogli zacząć od początku bez obciążeń przeszłości gdybyśmy mogli zapomnieć o chrześcijańskiej historii Europy wspaniałej i heroicznej ale również ciemnej i przytłaczającej, a wraz z nią o nieporozumieniach, przesądach i opiniach. Mimo wszystko po raz pierwszy chrześcijanie pragną znowu zająć się chrześcijańskim kontynentem teraz niemal całkowicie zdechrystianizowanym. To nowe, ale warte trudu zadanie jest cennym doświadczeniem, które być może da się powtórzyć gdzie indziej” (s.320-322)

Następnie Brieskorn stwierdza: „Toteż żadne zobowiązania nie mogą być bezpośrednio wyprowadzone z Ewangelii w taki sposób, jak obowiązek opieki nad biednymi, nie oznacza to jednak, że chrześcijanie czy Kościół powinni być obojętni wobec procesu unifikacji. Z ogólnych słów Jezusa można wydedukować wyzwanie do działania. Wskazówką mogą tu być słowa z Kazania na Górze Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój (Mt 5, 9) a także modlitwa Najwyższego Kapłana/aby stanowili jedno (J 17, 11). Nie można realizować chrześcijańskiej jedności, jeśli pomiędzy chrześcijanami istnieje bezwzględna konkurencja w dziedzinie ekonomicznej, socjalnej i politycznej. Ale szacunek i wzajemna troska nie mogą się kończyć na granicach Europy. W przeciwnym bowiem razie jedność zostanie stworzona jedynie wewnątrz, ale równocześnie przyczyni się do nowych niesprawiedliwości na zewnątrz. Paweł VI podkreślił w swoim wystąpieniu z 3 stycznia 1964 r. że każde otwarcie na bardziej uniwersalną płaszczyznę odpowiada znaczeniu słowa „katolik”. Chrześcijanie w żaden sposób nie mogą usprawiedliwiać napięć politycznych. Sam Jezus przyszedł propter nos homines i propter nostram salutem. Według dokumentu soborowego Gaudium et spes subtelna różnica akcentu w obu wyrażeniach pozwala uznać za obowiązek współdziałanie z ludźmi dobrej woli w dziele świeckich misji. Z drugiej jednak strony Jezus nie stał się człowiekiem, by powtórzyć to co jasno mówi nam nasze sumienie (Łk 12, 13; Rz l, 20; 2, 14). Chrześcijanin wnosi dzięki swej wierze w dzieło pojednania i tworzenie sprawiedliwych struktur nową dynamikę, perspektywę historii zbawienia i świadomość ograniczeń ludzi, którzy pozostają grzesznikami. Jezus z Nazaretu poważnie traktował sytuację polityczną swego ludu, znał ją dokładnie i zajął stanowisko. Pokazując, że polityka nie jest wszystkim, oddał ogromną przysługę polityce chroniąc ją w ten sposób od idealizowania samej siebie Praca na rzecz pojednania i sprawiedliwości nie jest jednak oparta na bezpośrednim nakazie Jezusa, w przeciwnym przypadku chrześcijanie nie mogliby skutecznie współdziałać z niechrześcijanami.” (s. 322-333)

Podsumowując swoje rozważania pisze: „Myśl chrześcijańska nie opowiada się za lub przeciw dużemu czy małemu państwu (...) Kościół pragnie być Kościołem światowym. (...) kościół będzie musiał łączyć neutralność z uporczywym dążeniem do wiarygodności, równowagę z olbrzymia energia poświęconą każdej konkretnej pracy. Tolerancja musi być rozumiana jako coś, co należy znosić i nieść wraz z innymi. (...) Chrześcijanie musza stworzyć warunki do integracji.” (s. 324-326)

Bieskorna uzupełnia inny jezuita Jef van Gerwesen SJ, który w pracy pt. „Unia Europejska jako nasza przyszłość” mówi: „Przyglądając się dziejom Europy, bardzo wyraźnie uświadamiamy sobie klęskę owej historycznej pogoni za chrześcijańską społecznością. Wiele przedsięwzięć nie powiodło się w wyniku niemal nieuniknionego nadużycia władzy co pogarszał jeszcze fakt, że podejmowano je w imię Boga. Korupcja naszej społecznej utopii słusznie doprowadziła nas w chwili powstania społeczeństwa świeckiego do uznania go za mniejsze zło niż porządek teokratyczny, wręcz jako promocję tych samych religijnych ideałów, przybranych tym razem w świecką terminologię oświecenia: prawa człowieka, demokracja, rozwój, samospełnienie, powszechna solidarność. Kiedy patrzę w przyszłość, nie staram się przekonywać, byśmy odrzucili te osiągnięcia nowoczesności na rzecz powrotu do jakiejś nowej wersji chrześcijaństwa. Wprost przeciwnie, powinniśmy gorąco popierać świeckie społeczeństwo, właśnie z powodu naszych historycznych europejskich doświadczeń. Jednak my chrześcijanie potrafimy może, wespół z innymi wspólnotami religijnymi, żywić i popierać kulturę ponadnarodowej solidarności, czyniąc tym samym pośredni wkład w tworzenie sprawiedliwego społeczeństwa. Może nam się lepiej udać osiągnięcie tego celu właśnie dlatego, że nie domagamy się specjalnych przywilejów dla siebie ani monopolu władzy.” (s. 372-373).

Dalej pisze: „W tej perspektywie zrealizowanie europejskiego projektu nie jest kwestią obojętna dla chrześcijan. Staje się kryterium Boskiego sądu nad naszym życiem. Czy angażujemy się wystarczająco w popieranie instytucji na szczeblu pośrednim miedzy społecznością narodowa a globalna? (...) Wydaje sie więc nieodpowiedzialne, szczególnie w wypadku chrześcijan, ograniczenie politycznej lojalności jedynie do wspólnot lokalnych czy narodowych, nie angazując sie wystarczająco w tworzenie skutecznych narzędzi na szczeblu ponadnarodowym. A oglądana z tej perspektywy Europa jest częścią naszego powołania jako chrześcijan, czy nam się to podoba czy nie.” (s. 374-375)

Wreszcie stwierdza: „Nasza europejska kultura jest kulturą lekceważenia, buntu przeciwko bogom. W Europie, w znacznie większym stopniu niż w całej kulturze zachodniej zakłada się, że Bóg nie żyje. Bóg narodów, Istota Najwyższa, Bóg wojny, totalitarny Absolut został zdemaskowany jako bożek i obalony. Religiom instytucjonalnym, w tym chrześcijaństwu - a może właśnie przede wszystkim chrześcijaństwu - nie udało się pokazać prawdziwego oblicza transcendentnej rzeczywistości czy wymiaru życia. Bo to, co religie pokazały Europejczykom, to były dogmatyczne konstrukcje służące ludzkim interesom i wyrażające ludzkie obawy, a nie Duch wolności, miłości i sprawiedliwości. Choć ta historyczna ocena może się wydać zbyt ostra i ogólnikowa, zważywszy na pozytywne głosy i doświadczenia, jakie pojawiły się także na drogach europejskich dziejów, nie widzę powodu jako chrześcijanin końca XX stulecia, by nie godzić się z generalnym kierunkiem nowoczesnej krytyki religii. Wprost przeciwnie, być może to właśnie jedno z ciężko przez nas, Europejczyków, zapracowanych doświadczeń łaski, że nauczyliśmy się cenić nieobecność bogów jako chwilę prawdy. Lepiej nie mieć żadnej wiary w Boga niż wiarę fałszywą.” (s. 377).

Podsumowując proponuje, jak mówi, „trzecią drogę” pomiędzy chrześcijaństwem a odrzuceniem religii: „Boga można doświadczyć, nie udowodnić czy narzucić innym, jako osobistą rzeczywistość bardziej nam bliska niż my sami sobie, ducha miłości i sprawiedliwości doznawanego jako względna jakość i głębia przyciągająca ludzkość i cały wszechświat.” (s. 378)

Aby wkroczyć na tę „trzecią drogę” powinniśmy dokonać „pozytywnej interpretacji świeckiego społeczeństwa” zachowując „zdrowy, krytyczny dystans pomiędzy afirmacją religijną a dążeniem do celów politycznych, ekonomicznych i kulturalnych”, zaakceptować „pluralizm religijny i filozoficzny i usytuować Boga „w opozycji do wszystkich destrukcyjnych czy totalitarnych planów.”

Kończąc swoje rozważania pisze:” Fakt, że społeczność chrześcijańska stała się marginesową siłą w społeczeństwie, stwarza możliwość nadania większej wiarygodności naszej wierze w Boga jako profetycznej instancji sprzeciwiającej się siłom społecznym ciemiężącym życie. (...) Nie wydaje się ani prawdopodobne, ani pożądane, by chrześcijanie, jako określona społeczność, powrócili do centrum władzy w przyszłej Europie. Dla naszej wiarygodności i dla dobra całego kontynentu może lepiej będzie, jeśli odegramy skromniejszą, bardziej marginesową rolę.” (s. 379-380)

No cóż, proszę Państwa, mamy tutaj do czynienia z czymś, co można by nazwać „teologią Unii Europejskiej”, nową postacią potępionej przez Kościół teologii wyzwolenia. W jej świetle świat chrześcijański to świat zły, świat, w którym ceni się prawdę i dobro to świat zły, świat wielu suwerennych państw i narodów to świat zły. Najlepiej jeżeli rządzą poganie, obowiązuje relatywizm poznawczy i moralny, a Kościół jest ubogim krewnym, który upomina się tylko o sprawiedliwość dla biednych i proponuje nieśmiało pewne moralne i duchowe korekty. Chrześcijaństwo ma być, w świetle tej teologii tylko jedną z wielu, zawsze marginesową, opcją i propozycją, której zwolennicy akceptują pogańskie wartości i przyjmują pogańskie reguły gry. Unia Europejska jawi się tutaj jako jedyne słuszne (skąd my to znamy) rozwiązanie wszystkich indywidualnych i wspólnotowych problemów, rozwiązanie, do którego nawoływał już sam Chrystus, którego nauka nota bene, jest tylko cząstkowa i wymaga uzupełnienia o doktryny pogańskie.

Teologia wyzwolenia bazowała na ideologii marksistowskiej. Teologia Unii Europejskiej bazuje wyraźnie na ideologii masońskiej.

To przecież masoni mówią o „społeczeństwie otwartym”, społeczeństwie bez żadnych wartości obiektywnych, w którym uznaje się tylko Wolność, Równość, Braterstwo, Tolerancję, społeczeństwie światowym, które nie jest podzielone przez państwa i nie dzieli się na narody.

W 1994 r. ukazał się nr 3/4 „Ars Regii” (datowany na 1993 r.), w którym opublikowano programowy dokument masonerii polskiej pt. "Przesłanki i wytyczne ustrojowe", dokument, który powstał w czasie trwania II wojny światowej. Dowiadujemy się z niego, że wszelkie zło na świecie bierze się stąd, iż jest wiele suwerennych państw, wiele narodów, opcji światopoglądowych. Ta różnorodność leży, według masonów, u podłoża wszelkich konfliktów, jest też bezpośrednią przyczyną kryzysów gospodarczych i braku szybkiego, harmonijnego rozwoju i postępu ludzkości. Należy zatem, stwierdzają masoni, powołać „Światowy Związek Państw i Spólnot Narodowych”, który byłby „wyposażony w nadrzędną suwerenność z własną egzekutywą”. Ograniczenie suwerenności poszczególnych państw oraz uprawnienia jakie otrzymałby ten nowy twór miałyby taki charakter i zakres, że można by, w istocie, mówić już tylko o jednym państwie obejmującym całą kulę ziemską.15

W „Wolnomularzu Polskim” nr 5 (bez daty wydania), który ukazał się gdzieś na początku 1995 r. znaleźć możemy bardziej aktualny materiał dotyczący tego zagadnienia - artykuł Zbigniewa Gertycha pt. „O humanizm uniwersalny”. Czytamy w nim, między innymi: „W latach sześćdziesiątych idea światowego Rządu, Parlamentu i Kostytucji otrzymała poparcie od noblistów, byłych prezydentów, premierów, ministrów, światowej sławy naukowców, finasistów oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych (...) Wśród nich znajduje się 10 osobistości z Polski. Przypadł mi zaszczyt być także członkiem Tymczasowego Parlamentu Świata. W 1968 roku Konwent Światowej Konstytucji obradujący w Szwajcarii i w Niemczech podjął prace nad Konstytucją Świata. W 1977 roku opracowany projekt Konstytucji dla Federacji Świata podpisało kilkuset uczestników. Od tego czasu miały miejsca międzynarodowe spotkania, które przemieniły się w Tymczasowy Parlament Świata.”

Gertych stwierdza też, że w 1978 r. powstało stowarzyszenie Federacja Świata, a obecnie prace jego członków koncentrują się na udoskonaleniu projektu Konstytucji Świata oraz na realizacji podstawowego celu „poprzez ratyfikację przez rządy i parlamenty, prace przygotowujące wybory światowego parlamentu i utworzenia światowego rządu.”

Zauważmy, tak na marginesie, że masoni, którzy mają pełne usta demokracji, którzy mówią nawet „nie ma masonerii bez demokracji, nie ma demokracji bez masonerii” tworzą sobie światową konstytucję, powołują światowy parlament, ustalają przyszły kształt świata ignorując całkowicie wolę społeczeństw. Cóż to za demokracja? Cóż to za parlament, który, de facto, powołuje sam siebie? Chrześcijańska demokracja to demokracja, której pole działania zakreśla ( i ogranicza) prawda i dobro. Masońska demokracja to, jak wynika z tego, co mówią i robią masoni, demokracja, w której podmiotami są wyłącznie sami masoni?

W jaki sposób masoneria chce doprowadzić do powstania jednego światowego

państwa? Z masońskich dokumentów wynikałoby, że nie ma to być proces rewolucyjny lecz ewolucyjny. Z „Przesłanek i wytycznych ustrojowych” dowiadujemy się, że „Światowy Związek Państw powinien składać się z niewielkiej grupy paru państw najpotężniejszych oraz kilku potężnych bloków (federacji) państw mniejszych”

Pierwszym etapem tej ewolucji miałby zatem być proces integracji państw mniejszych w pewnego rodzaju „nadpaństwa”.

Dziś widzieliby w Europie, jak wszystko na to wskazuje, już tylko dwa takie organizmy - coś na kształt Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (czy, jak kto woli, Wspólnoty Niepodległych Państw) i Związku Socjalistycznych Republik Europejskich (czy, jak kto woli, Unii Europejskiej).

Wracając do naszych jezuitów. Norbert Brieskorn SJ odpowiadając na pytanie „Jak powinniśmy patrzeć na proces zjednoczenia Europy?” pisze: „Zjednoczenie to ma znaczenie jako ważny krok dla dalszych integracji albo w kierunku ich pogłębienia w Europie, albo w innych regionach. Nie znamy przyszłości. Ale każdy późniejszy projekt zjednoczeniowy będzie czerpał naukę z tego, który odbywa się w końcu naszego stulecia; stan obecny będzie zawsze stanem wstępnym. Każde znoszenie granic czy rezygnacja z wymiany walut będzie krokiem pozytywnym, od którego nikt nie będzie pragnął odstąpić. Ta nowa otwartość i otwieranie się nie może być spostrzegane jako zagrożenie.(...) Intymność i ludzkie ciepło są niezbędne, ale nie da się ich znaleźć w demokracji.” (s. 326)

Jef Van GerwenSJ mówi to jeszcze jaśniej.

„Większość Europejczyków – pisze – pochodzi z historycznych obszarów, na których przywykli określać się przede wszystkim jako obywatele narodowego państwa, na przykład jako Francuzi czy Brytyjczycy. W założeniu państwa narodowego rząd centralny łączył się z polityką etnicznej i kulturowej homogeniczności na obszarze jednego, określonego terytorium. Model jednolitego państwa narodowego nie jest najlepiej przystosowany do wyzwań przyszłości, zauważenie tego może jednak zabrać ludziom trochę czasu, ponieważ zainwestowali tak wiele w zbiorową dumę i utrzymanie narodowego wizerunku.” (s. 367)

„Równolegle z tą kompleksową polityka społeczna – pisze w innym miejscu – musi chyba nastąpić zmiana podejścia do tożsamości narodowej. Do pewnego stopnia możliwości takie kryją się w naszych tradycjach historycznych, bo oprócz modelu scentralizowanego państwa, niektóre narody europejskie odziedziczyły wspaniałe przykłady rządów zdecentralizowanych, reżimów politycznych typu federalnego, lub konfederacyjnego. (...) Co więcej, w politycznej historii europy przeplatają się okresy nacjonalistycznego ferworu opartego na więzach etnicznych i językowych z momentami patriotyzmu republikańskiego opartego na wprowadzeniu sprawiedliwej konstytucji i poszanowaniu uniwersalnych prawd człowieka. Francja jest tu doskonałym przykładem.” (s. 368-369)

Wreszcie kilkakrotnie stawia przysłowiową kropkę nad „i”.

„Nie ulega wątpliwości – pisze – że pojęcie obywatelstwa europejskiego może odgrywać coraz istotniejszą rolę pośrednika pomiędzy naszą tożsamością lokalną, w tym narodową, a naszym wspólnym, kosmopolitycznym powołaniem obywateli globalnej wspólnoty.” (s. 369).

„Nie powinniśmy bronić – pisze w innym miejscu – europejskiego modelu społecznego w interesie zbiorowego egoizmu...(...) Europa powinna posłużyć jako model i etap wstępny do stworzenia podobnego porządku społecznego w skali globalnej. Takie organizacje jak Międzynarodowa Organizacja Pracy, Międzynarodowy Fundusz walutowy, Bank Światowy i Światowa Organizacja handlu będą w najbliższych dziesięcioleciach pełniły role platform negocjacyjnych w procesie stopniowej realizacji tego ponadnarodowego porządku prawnego. (...) Nie będziemy mogli jednak skutecznie uczestniczyć w negocjacjach prowadzących do stworzenia globalnego systemu korygowania rynku, jeśli nie przystąpimy do nich jako polityczna jedność obdarzona sprawna władzą ponadnarodową. Unia Europejska jest odpowiednim środkiem prowadzącym do tego celu.” (s. 359-360).

„Jedynym sposobem na to – stwierdza – by uniknąć obniżenia społecznych standardów dobrobytu, jest przeniesienie władzy korygowania rynków ze szczebla narodowego na ponadnarodowy. Tu kryje się właśnie podstawowa przyczyna istnienia i sukcesu Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. W braku skutecznego, ogólnoświatowego rządu i sieci międzynarodowych trybunałów, które sankcjonowałyby sprawiedliwy porządek ekonomiczny, rynek europejski wyposażony w wystarczające zabezpieczenia prawne i polityczne pełni niemal tę sama rolę.” (s. 355)

I wreszcie.„Ale w przyszłości – Van Gerwen referuje poglądy Kanta - weźmie górę uniwersalna zasada rozumu i zrodzi się powszechna społeczność, oparta na uniwersalnym państwie prawa. Antagonizmy między państwami ustąpią miejsca założeniu ogólnoświatowej federacji. Co więcej, jak podkreśla Kant, państwa w coraz większym stopniu polegać będą na ustanowieniu sprawiedliwego porządku we wzajemnych relacjach, aby zachować równowagę wewnętrznego bezpieczeństwa. W zjednoczonym świecie przyszłości ludzie nie będą mogli spokojnie żyć w izolacji od innych: albo nastanie porządek powszechny, albo nie będzie go wcale.”

Następnie stwierdza: „Dzisiaj potrafimy lepiej docenić wizje wyobraźni filozofa z Królewca. Doświadczyliśmy wojen powszechnych, kolonializmu i imperializmu, ale byliśmy również świadkami powstania Narodów Zjednoczonych, Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, Rady Europy i Wspólnoty Europejskiej; są to w istocie pozytywne owoce rozwiązania konfliktów, powstałe po najgwałtowniejszych kryzysach w naszej historii. Proponuję więc kontynuowanie eksperymentu politycznej wyobraźni zapoczątkowanego przez Kanta. Zadajmy sobie pytanie, które ze współczesnych antagonizmów mogą popchnąć ów ruch w stroną powszechnej federacji, zbudowanej na sprawiedliwej konstytucji Tym samym odpowiemy sobie na pytanie o perspektywy Unii Europejskiej. Regionalna unia państw może się udać, zarówno w praktyce, jak i w teorii, jedynie wtedy, gdy będzie zgodna z globalną dynamiką. Patrząc w przyszłość, nie powinniśmy przywiązywać zbyt wielkiej wagi do statycznej i zapatrzonej w siebie legitymizacji europejskich instytucji, które obecnie działają wyłącznie dla siebie; należy raczej ocenić wpływ powszechnie dominujących trendów na owe instytucje i sformułować kierunki etyczne, które mogłyby te trendy potwierdzać lub korygować. Plan zjednoczenia Europy jest sensowny jako niezbędny etap przejściowy pomiędzy porządkiem państw a wspólnotą o światowym zasięgu.” (s. 351)

No tak diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni.

Ciekawe, że gdy nie ma na sobie ornatu nie jest, najczęściej, tak szczery i bezpośredni.

Stanisław Krajski

Unia Europejska – suwerenność inaczej

Najpierw chyba pojawiło się sformułowanie „kochający inaczej” dotyczące zboczeńców, stawiające ich w jednej linii z tymi, którzy żyją po ludzku i po Bożemu. Potem tych „inaczej” namnożyło się jak królików. Jeden z dwudziestowiecznych poetów powiedział, że kiedyś było dno i dlatego człowiek mógł się od niego odbić, odrodzić. Teraz, stwierdził ten poeta, nie ma już pionu i poziomu i ludzie wariują bez szansy na odrodzenie. Ta wariacja miała początkowo wymiar moralny związany z funkcjonowanie ludzkich sumień, dotyczyła różnych aspektów dobra w jego postaci indywidualnej.

Potem objęła praktycznie wszystkie sfery ludzkiego życia. Jej znakiem w Polsce były choćby dwie reklamy reklamujące....reklamę. Na jednej z nich były puste półki. Sugerowała, że tak będzie znowu, gdy ograniczy się w jakikolwiek sposób reklamę. Na drugiej był człowiek z przewiązanymi oczami pchający sklepowy wózek. Reklama sugerowała, że bez reklamy ludzie nie mają swobody wyboru, są wprost pozbawieni wolności. A przecież każdy świadomy człowiek wie dziś, że reklama to obecnie w 90% indoktrynacja, manipulowanie podświadomością, pranie mózgu. Każdy też powinien wiedzieć, że wszechobecna reklama jest narzędziem w rękach ponadnarodowych koncernów mającym doprowadzić do eliminacji z rynku wszelkiej konkurencji. Ta wariacja polega więc na tym, że to, co stanowi produkt pewnego nowego totalitaryzmu jest określane i coraz powszechniej uznawane za przejaw swobody.

Promotorzy Unii Europejskiej mają coraz mniej argumentów wspierających ich racje. Ich polityka „informacyjna” w coraz większym stopniu sprowadza się do dwóch działań: tworzenia mitów i bagatelizowania zagrożeń. Podstawowe mity są następujące: „Jak nie wstąpimy do Unii to staniemy się drugą Białorusią”; „Nie da się uniknąć procesu integracji.”; „Będziemy tak bogaci jak najbogatsze kraje Europy.”

Ten ostatni mit jest w ciekawy sposób obudowywany treściowo. Wynika bowiem z niego, że bogaci możemy się stać tylko jako najemnicy pracujący na cudzym, całujący grzecznie pańską niemiecką, francuską czy amerykańską klamkę. Wyczuwa to dobrze, choć jakoś podświadomie, młodzież, która referując swoje życiowe plany (i marzenia) nie mówi już o swoich przedsiębiorstwach, niezależności materialnej, jakiejś podstawowej wolności (jak młodzież niemiecka czy amerykańska) ale o „dobrej pracy” w zachodniej firmie, pracy po kilkadziesiąt godzin na dobę, służbie dobrze wynagradzanego pionka i popychadła, który musi się nieźle nagimnastykować i wielu rzeczy wyrzec, by ją utrzymać (tak np. znajomemu, który pracuje w zachodniej firmie gdy przedstawił zwierzchnikom dwudniowe zwolnienie lekarskie powiedziano: „Żeby to było ostatni raz. To biznes, a nie sanatorium.”) i musi wciąż uczestniczyć w tzw. wyścigu szczurów, by wspinać się (finansowo) do góry. Niedawno zostałem zaproszony na spotkanie z polskimi przedsiębiorcami. W jego trakcie wyrażając różne swoje niepokoje stwierdzili, że młodzi w naszym kraju już nawet nie próbują zakładać swoich firm.

Gdy dyskutujemy o integracji Europejskiej nie powinniśmy, moim zdaniem, akcentować spraw materialnych. Stają się one bowiem w tej perspektywie, jak to w perspektywie ludzkiego życia i szczęścia, drugorzędne. Najważniejsze jest przecież nasze człowieczeństwo, szczęście, radość życia, godność, uczciwość, sprawiedliwość, prawda, dobro, inne osoby, Bóg, przyszłość, wolność itd. Kiedyś byłem zaproszony w jednym dniu na dwa spotkania na temat Unii Europejskiej. Oba były z młodzieżą katolicką. Pierwsze spotkanie było z ubogim wiejskim środowiskiem, drugie z miejskim środowiskiem inteligenckim tworzącym zaczątki polskiej klasy średniej (duże pieniądze). Ci pierwsi byli przeciwko Unii Europejskiej. Mówili: „Niczego nam nie da i zabierze nawet nadzieję.” Ci drudzy byli za. Mówili: „My będziemy mieli lepiej.”

To egoistyczne „my” pobrzmiewa nawet w przemówieniach polityków, abstrahuje od wszelkiego, przede wszystkim moralnego, kontekstu. A gdyby zapytać takiego człowieka – czy chcesz być bogaty pamiętając przy tym o tym, że będzie to możliwe tylko wtedy, gdy oddasz siostrę do domu publicznego, zadenuncjujesz brata, tak, że znajdzie się niesprawiedliwie w więzieniu, wyprzesz się swojej matki, pogardzisz swoim ojcem, postawisz wychodek na grobie swoim dziadków?

Problem integracji Polski z Unią Europejską to nie jest tylko problem indywidualny, problem mój, twój, jego i jej, nawet problem jednego pokolenia, tych ludzi, którzy dziś zamieszkują nasz kraj. To przecież przede wszystkim problem Polski, Polski dnia dzisiejszego i Polski jutra, problem wielu pokoleń.

Polska nie jest naszą własnością, jakimś przedmiotem, który możemy wyrzucić na śmietnik albo wymienić na srebrniki, dzięki którym będziemy mogli sobie kupić mercedesy i wakacje na Wyspach Kanaryjskich. Polska nie jest nasza. To coś wielkiego duchowego i materialnego, co było budowane i chronione przez wiele pokoleń i co zostało nam przekazane jako depozyt, skarb, który także mamy chronić i pomnażać i przekazać następnym pokoleniem, aby te, z kolei, przekazały je swoim dzieciom i wnukom. Tak jak nie wolno nam wyciąć wszystkich lasów, zatruć rzek tak nie wolno wyprzedawać Polskiej ziemi czy oddawać Polski w całości obcym, niszczyć kultury, tradycji, języka itp.

Pytanie o integrację Polski z Unią Europejską jest pytaniem o dalszy los Polski, los, prawdopodobnie na całe pokolenie (być może na zawsze), to pytanie o to czy ma ona być sobą czy nie, czy ma być ochroniona i ubogacona czy pomniejszona, okrojona, wdeptywana w ziemię, zabijana na raty.

Jeżeli ktoś chce koniecznie polepszyć swój materialny los i zachować resztki uczciwości niech jedzie do Francji czy do Niemiec, zabiega o kartę pobytu, stałą pracę, obywatelstwo. Wiem , że to trudne. Ale czy lepiej ułatwić sobie życie zdradą, czymś, co można by nazwać wprost kradzieżą?

Ktoś powie, że przesadzam. W jaki sposób jednak określali by nasi pradziadowie i dziadowie pozbawienie Polski suwerenności, a polskiego narodu tożsamości? W jaki sposób określali Targowicę?

Stanisław Krajski

Integracja europejska w ujęciu Maurycego Straszewskiego

Po upadku średniowiecza, który pociągnął za sobą dezintegrację Europy pojawiały się na naszym kontynencie różne pomysły i koncepcje ponownego jej zjednoczenia. Niektóre z nich odwoływały się do ideałów średniowiecza. Inne opierały się na wartościach i zasadach niechrześcijańskich, najczęściej sprzecznych z chrześcijaństwem. Dyskusja dotycząca sposobu dokonania zjednoczenia Europy przybrała na sile, jak się wydaje, na przełomie XIX i XX wieku. Brali w niej udział również Polacy. Jednym z nich był profesor filozofii na Uniwersytecie Jagielońskim Maurycy Straszewski, który należał do katolickiego środowiska intelektualnego skupiającego się wokół „Przeglądu Powszechnego”.

Swoją koncepcję zjednoczenia Europy zarysował w marcu 1902 r. w wykładzie otwartym zatytułowanym „Religia przyszłości” wygłoszonym w auli Uniwersytetu Jagielońskiego. Tekst tego wykładu ukazał się drukiem w 1904 r. We wrześniu 1902 r. zaprezentował ją w języku niemieckim na „dorocznym publicznym zebraniu Austriackiego Towarzystwa Leona w Bregencji”. Tekst tego referatu został pod koniec tego roku opublikowany w języku polskim na łamach „Przeglądu Powszechnego” pod tytułem. „Czynniki rozdziału i spójni w dzisiejszym społeczeństwie”.

Podstawowa teza, którą Maurycy Straszewski stawia na początku swoich „czynników rozdziału i spójni” brzmi: „wszelki społeczny i kulturalny postęp odbywa się wśród nieustającej walki dwu sprzecznych uczuciowych prądów, tudzież odpowiadających im dwojakiego rodzaju dążności, z których jedne ludzi, narody i różne społeczne grupy między sobą różnią, rozdzielają, do wzajemnej podniecają nienawiści i walki, drugie zaś znowu ich ku sobie zbliżają, węzłami wzajemnego współczucia łączą i do wspólnych wysileń kierują.” 1

Pierwsza z tych „dążności”, „dążność rozdziału” pojawiała się od początku dziejów w sposób niejako naturalny jako efekt walki człowieka o przetrwanie. Walka ta rodzi zawsze: egoizm, chciwość, dążenie do przewagi nad słabszym, tendencję „ażeby dla siebie zabrać jak najwięcej, dla drugich nic nie pozostawiając”. ”Dążność rozdziału” stwarza warunki, w których powstają „walki wszystkich przeciwko wszystkim” pociągające za sobą „upadek i rozlużnienie”.2

Druga z tych „dążności”, „dążność spójni” zasadza się na „społecznych uczuciach”, które „różne jednostki wspólnymi obejmowały węzły”. Straszewski wymienia następujące czynniki „spójni”: związki rodzinne, wspólny język, wspólne wierzenia religijne, zwyczaje i wartości.3.

Ludzkość, zdaniem Straszewskiego, rozwija się wyłącznie w takich warunkach, w których występuje „możliwie jak najwięcej równowagi” pomiędzy obiema dążeniami. Jeżeli przeważy „dążność rozdziału” to „zwycięży samolubstwo, a zaraz zjawi się widmo powszechnej anarchii , współżycie ludzi stanie się nieznośnym, przyjdzie rozkład i upadek” Jeżeli, z kolei, przeważy „dążność spójni” to doprowadzi to „do zaniku wszelkiej między ludźmi różnorodności”, spowoduje, że „osobistość ludzka pod działaniem jednego wspólnego strychulca zmaleje, a w takich warunkach rozpocznie się martwota i tężenie, które jest zawsze cecha starzejących się i ku upadkowi chylących się kultur”4

Opisywany tu stan równowagi występował, według Straszewskiego, w średniowieczu, w którym czynniki rozdziału były równoważone przez feudalną organizację społeczeństwa i Kościół, który był „wielkim powszechnym regulatorem”, i który we wszystko „wglądał, wszędzie swój wpływ kojący i ożywczy wywierał”. Ten stan został naruszony przez władców, którzy zaczęli się w pewnym momencie kierować w polityce zasadami antychrześcijańskimi. „Samolubne, wyłącznie własnym interesem kierujące się państwo – pisze Straszewski – panujący żadnej wyższej nad sobą nie uznający mocy prócz własnej woli, oto pierwsze nowożytne formacje. Za polityką przeniosły się dążności odśrodkowe na religię, polityka zapragnęła zrobić z niej własne narzędzie, wybuchnęła reformacja, anarchia w stosunkach politycznych dobiegła do szczytu i zaczęła w dalszym ciągu wnikać w stosunki gospodarczo-społeczne. Stan średni i miasta zaczęły powoli rozsadzać formy średniowiecznej organizacji, panujący, potrzebujący pieniędzy, im pomagali w nadziei, że im bardziej różnice społeczne się zatrą, tym łatwiej przyjdzie im rządzić. Od początku więc szesnastego wieku dokonywa się następujący proces: Swoboda jednostki powoli zwiększa się, zmniejsza się zaś opieka różnych grup społecznych nad nią, jednostka staje się wolniejszą, ale żyć jej na świecie coraz trudniej, budzi się więc gospodarcze samolubstwo i chęć gromadzenia zasobów bez względu na sposoby; jak w polityce tak i w życiu zarobkowym zaczyna obowiązywać zasada, że cel uświęca środki.”5

Ten stan dezintegracji Europy pogłębiła, zdaniem Straszewskiego, Rewolucja Francuska, która „zwolniła jednostkę od wszelkich więzów dawniejszych organizacji z wyjątkiem tylko organizacji państwowej, równocześnie jednakże pozostawiła ą całkowicie własnym losom. Społeczeństwo zmieniło się w bezkształtna masę wolnych atomów mogących wprawdzie poruszać się swobodnie, ale z drugiej strony zmuszonych do srogiej walki o byt.”6

W końcu wieku XIX, stwierdza Straszewski, proces dezintegracji Europy spotęgował się jeszcze i zakończył. Charakterystyczne dla tego okresu czynniki dezintegrujące są następujące.

Po pierwsze, jest to egoizm i niechęć do drugiego człowieka. „W naszych czasach – czytamy w „czynnikach rozdziału i spójni” – ogromna większość ludzi myśli tylko o sobie i rozważa, skądby wziąć środków na to wszystko, co im do życia potrzebne. Jednostka odwraca się więc od drugich jednostek, uważając je za swoich wrogów. Każdemu, dla kogo walka o życie staje się ciężką, wydaje się, że gdyby mu inni nie zawadzali, byłoby mu nas wiecie lepiej.”

Po drugie, jest to „nienawiść i zazdrość klasowa”, które maja dwojaką przyczynę: niskie zarobki większości ludności i bogactwo oraz rozrzutność elit.

Po trzecie, jest to egoizm państwowy, który polega na tym, że : „każde państwo radeby na rzecz swojej ludności zyskać jak najwięcej ze szkodą państwa drugiego, każde chciałoby wszystko mieć tylko dla siebie.” Następstwem tego stanu rzeczy jest: „wzajemna zazdrość i współzawodnictwo państw między sobą”, , niechęć i uprzedzenia społeczeństw jednych państw wobec drugich, „narodowa próżność i drażliwość” .7

Efektem funkcjonowania tych czynników jest nowy sposób organizowania się społeczeństw w grupy interesów działające z założenia przeciwko innym grupom. Cechy i inne związki, których celem było wzajemne się wspieranie zostały zastąpione przez stowarzyszenia o celach wyłącznie gospodarczych i finansowych – „stowarzyszenia kapitału” i „stowarzyszenia pracy” (związki zawodowe), których celem podstawowym, jak twierdzi Straszewski, jest „zapewnienie sobie jak największej przewagi nad drugimi”.8

Ostatecznie wszystko przybiera postać „anarchiczną” czyli, jak można się domyśleć, traci punkt odniesienia do jakichkolwiek pozytywnych zasad czy wartości, a więc przede wszystkim do dobra wspólnego, dobra jednostek, dobra człowieczeństwa.. Taka staje się polityka. Takie staje się również zachowanie potęg finansowych, a co za tym idzie cała gospodarka. Ta „anarchiczność” powoduje nie tylko w praktyce rządy „praw dżungli” ale uniemożliwia stabilizację życia społecznego. Cały ludzki świat w Europie zaczyna spoczywać na bardzo kruchych podstawach, co grozi w każdej chwili kryzysem w każdym porządku w jakim tylko kryzys może wystąpić.9

W tej sytuacji pojawiają się tylko dwa podstawowe, można powiedzieć, fundamentalne czynniki „spójni”: wspólnota materialnych interesów i strach przed takimi właśnie kryzysami. Pojawiają się tu również pewne wtórne, drugorzędne, można by powiedzieć, przypadłościowe czynniki „spójni” na przynajmniej trzech poziomach: indywidualnym, państwowym i ponadpaństwowym.. Na tym pierwszym poziomie jest to: łatwość przemieszczania się, łatwość komunikacji, dostępność, dzięki środkom masowego przekazu, informacji, a stąd większa wiedza o innych i zwiększające się otwarcie poznawcze na drugiego (chęć poznania wszystkiego, co tylko na ziemi się znajduje”). Na tym drugim poziomie jest to, zrodzona w wyniku udoskonalenia techniki zabijania, „obawa przed następstwami wzajemnych sporów i wojny”, która pociąga za sobą powoływanie różnego typu instytucji międzynarodowych i zawieranie umów między poszczególnymi państwami i całymi ich grupami. Na tym trzecim poziomie czynnikiem takim jest przede wszystkim nauka, która w coraz większym stopniu staje się „wspólnym całej ludzkości skarbem”. Ze względu na jej potrzeby powstaje wiele międzynarodowych instytucji i wspólnych przedsięwzięć. W tej perspektywie czynnikiem „spójni” są również wszelkie klęski żywiołowe i katastrofy, których wystąpienie pociąga za sobą akcje pomocy, pojawienie się „darów serca” i współpracy w usuwania szkód.10

Dokonując bilansu „czynników rozdziału” i czynników spójni” Straszewski stwierdza, że „czynniki rozdziału” ewidentnie przeważają. „Samolubstwo ciągle wzrasta – pisze – wobec coraz cięższej walki o utrzymanie życia, poczucie zaś ekonomicznej wspólności, uznawane w teorii, w praktyce jest przecież jeszcze bardzo słabe. Zawiści klasowe rozjątrzyły się w sposób niezwykły. Próżność narodowa i chęć gnębienia jednych narodów przez drugie nie tylko nie osłabła, ale raczej wzmaga się bezustannie. Nie na wiele przydaje się fakt wzajemnego zbliżenia się ludzi przez podróże, najdrobniejsze nawet plemionka i narodziki zasklepiają się w sobie, a im są słabsze, z tym większą patrzą na resztę świata niechęcią. Ludzie unikają wzajemnej wymiany zdania, gdyż obawiają się brutalnych wybuchów namiętności, życie towarzyskie ustaje, nawet parlamenty budzą już wstręt i obrzydzenie, każdy poszturchiwany we wszystkie strony przez drugich zasklepia się w sobie. Terroryzm dziennikarski napawa wszystkich obawa i niepokojem, większość własnymi tylko hipnotyzuje się myślami, każdy czyta tylko to co mu dogadza, stąd wielka ciasnota poglądów.”11

Trzeba koniecznie, stwierdza Straszewski, znaleźć jakieś silne czynniki „spójni”, które zatrzymałyby ludzkość na „drodze do rozstroju i anarchii”. Nieskuteczne będą, jak pokazała to już historia ostatnich dziesiątek lata takie czynniki jak: „idea interesu”, pragnienie dobrobytu, zbliżenie ludzi przez naukę, środki masowego przekazu, „komunikację’”, państwo typu socjalistycznego, która ujmie tylko społeczeństwo w „karby jednostajnej, przymusowej organizacji. Jeżeli Europa zastosuje tylko te czynniki rozpocznie się „starość i tężenie naszej kultury” będzie to koniec naszej cywilizacji.12

Czynnikiem „spójni” może być, mówi Straszewski, tylko „jakaś wielka i wzniosła idea, zdolna do rozbudzenia nader silnych, a wszystko ogarniających uczuć” Idę tę może dać Europie tylko religia. Tylko ona jedna może bowiem odpowiedzieć na pytanie: Co dalej? Tylko ona jedna „ma na tyle siły, aby ludzi, przy zachowaniu różnorodności skupić”? Czy może to być jakakolwiek religia? Nie – odpowiada Straszewski. „Istniały przecież już w starożytności i istnieją dzisiaj jeszcze religie, które nienawiść podniecają, a różnice klasowe utrzymują nawet po śmierci.”13

Myśl tę Straszewski rozwija w „Religii przyszłości”. W pierwszym rzędzie eliminuje istniejące wielkie religie, które powstały poza Europą. Wyklucza zatem konfucjonizm jako religię, która „zastygła w martwym formalizmie.”14

Uznaje, że hinduizm, który teoretycznie ma tu jakieś szanse bo „jego podkład panteistyczno-idealny dobrze odpowiada dzisiejszym różnym kierunkom monistycznym współczesnej filozofii” nie może stać się religią Europy bo „zastygł w organizacji kastowej” i „gdzie tylko z europejska zetknie się kulturą, tam się rozkłada i wpływom europejskim ulega w sposób dla siebie wprost zabójczy”. Hinduizm zaprzecza też, stwierdza Straszewski, równości ludzi, a to jest nie do pogodzenia z ugruntowaną w Europie aksjologią, w której równość ludzi jest jedną z podstawowych wartości. Hinduizm mógłby być w Europie zaakceptowany tylko wtedy gdyby wyeliminować z niego te jego elementy, które stanowią przecież o jego istocie, a mianowicie: doktrynę reinkarnacji, kastowości, „kontemplacje mistyczną” i „ćwiczenia ascetyczne”15

Straszewski uznaje, że jeżeli ktoś z wie cokolwiek o islamie i jego współczesnej postaci musi uznać, ze nie może on być religią Europy.16

Zdecydowanie eliminuje też buddyzm uznając, że „po czasach (...) chwilowego rozkwitu zbutwiał sam w sobie i przeniósł swoja propagandę w inne strony, przyjął się też tylko wśród ludów na niższych stopniach cywilizacji stojących pozostawiając im wszystkie ich zabobony wraz z najgrubszym fetyszyzmem.” Poza tym podstawowe idee buddyzmu są, zdaniem Straszewskiego, sprzeczne z podstawowymi ideami europejskimi. Buddyzm pociąga bowiem za sobą odrzucenie wszelkich teoretycznych badań naukowych i badań filozoficznych.17 Straszewski uznaje, że nie ma też szansy na utworzenie się takiej „filozoficznej nowej religii powszechnej”, która mogłaby zintegrować trwale Europę. Taką religię próbował, jego zdaniem, wytworzyć, bez powodzenia, socjalizm.18

Taką pseudo religię próbują wytworzyć wszyscy ci, którzy odrzucając wszystkie istniejące religie i zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, ze Europa nie przetrwa bez fundamentu moralnego starają się narzucić jej etykę „opartą wyłącznie na zasadach rozumu i pożyteczności społecznej” podejmując „na wielka skalę tresowanie jednostek ludzkich”. Próba ta z góry skazana jest, według Straszewskiego, na niepowodzenie, bo kwiat oderwany od korzeni i łodygi a zasadzony w piasku zwiędnie i uschnie”.19

Religią, która uratuje i zintegruje Europę może być, stwierdza Straszewski, tylko chrześcijaństwo „w Kościół zorganizowane”, a więc katolicyzm. „Wszak cała ta cywilizacja z nim razem rozwijała się, Kościół ja na swoim wypielęgnował łonie, wspólnie z nim zmierzała ona do tego, aby stać się powszechą.”20

Katolicy, mówi Straszewski, doprowadzą do nowej integracji Europy jeśli spełnią następujące warunki.

Po pierwsze. Nie będą katolicyzmu narzucać siłą.

Po drugie. Nie będą „wysługiwać się” rządom, partiom politycznym ani jakimkolwiek „klikom”.

Po trzecie. Nie będą wiązać się z jakimiś partykularnymi doktrynami.

Po czwarte. Muszą wziąć udział w „czynnej społecznej pracy”.

Po szóste. Muszą przyjąć opcję na rzecz ubogich i wszystkich „zdruzgotanych” i „pozbawionych równowagi”.

Po siódme. Muszą stosować się konsekwentnie we wszystkich dziedzinach do chrześcijańskich zasad.

Po ósme. Muszą kształcić się ustawicznie, kształcić innych katolików i prowadzić badania „we wszystkich możliwych kierunkach”.

Po dziewiąte. Muszą się zorganizować i poprzez organizacje działające w wielu płaszczyznach budować królestwo Chrystusowe na ziemi.21

Podsumowując swoje rozważania Straszewski stwierdza, że przewodnikami katolików w ich działalności zmierzającej do przemienienia Europy powinni być św. Franciszek z Asyżu i św. Tomasz z Akwinu. „Franciszek – czytamy w Religii przyszłości – to chrześcijaństwo w czynach i w społecznej pracy; Tomasz, to chrześcijaństwo w myślach, nauce i w wiedzy; pierwszy to przedziwny wyraz przenikania się religii i pracy społecznej, to twórca wielkiego społecznego ruchu, który od jego czasów już nigdy całkowicie nie ustał; drugi znowu przedstawia nam typ myśli przejętej na wskroś duchem religijności a jednak chłonącej w siebie wszystko, co tylko było wyrazem najdalej wysuniętego wówczas naukowego i filozoficznego postępu. (...) Praca społeczna w duchu Franciszka oznacza pracę w kierunku takiej społecznej organizacji, która by jednym prawem miłości objęła wszystkie grupy i warstwy społeczne, a opierała się nie na przymusie zewnętrznym lecz przede wszystkim na dobrej woli jednostek świadomych swoich wzajemnych obowiązków i wyższego przeznaczenia. Praca zaś myśli w duchu Tomasza oznacza pracę, która by wysunęłaby się na czoło całego postępu duchowego i chłonęła w siebie wszystko, co tylko do zrozumienia coraz głębszego nas samych i świata posłużyć może.”22

Straszewski uważa, że demokracja jest ustrojem, który na tyle utrwalił się w Europie, że sytuacja się już nie zmieni. Stwierdza zarazem: „Potrzeba tylko, aby demokracja stała się chrześcijańską, a zaraz odśrodkowe siły w niej się zrównoważą.”23

Moment przełomu nie jest, zdaniem Straszewskiego, kwestią jakiejś dalekiej, mglistej przyszłości. „Nadeszły – pisze – więc teraz istotnie w dziejach nowoczesnego społeczeństwa czasy przełomu, albo wezmą górę bardzo teraz silne i wzmocnione siły odśrodkowe, a wówczas Europa przechyli się do upadku, zacznie się powolny rozstrój i zanik, albo też pierwiastki spójni, wsparte przez katolicyzm, przemogą i zdołają utrzymać pełną harmonii wśród różnorodnych dążeń równowagę, a w takim razie zmierzamy do epoki najwspanialszego duchowego rozkwitu, jakiego ludzkość z pewnością nigdy jeszcze nie zaznała.”24

Jeżeli spojrzymy, w świetle przedstawionych wyżej ocen i prognoz dokonanych przez Straszewskiego, na wydarzenia jakie miały miejsce w Europie w latach 1902-2000 to będziemy musieli dojść do wniosku, że jego opis jest właściwy. Działanie czynników „rozdziału” spowodowało, w pierwszym rzędzie, wybuch I i II wojny światowej, powstanie komunistycznego bloku wschodniego i zimną wojnę. Europa Zachodnia zareagowała na to powołaniem EWG i , wraz z USA, NATO. W skali światowej powstał ONZ i inne podobne instytucje. Miały to być nowe czynniki „spójni”. Okazały się, jak to przewidział Straszewski, niewystarczające, tymczasowe, pogłębiające na dłuższą metę rozdział. Europejskie, głównie lewicowe, elity, nie wyciągnęły z tego faktu prawidłowych wniosków. Uznały, że działanie zastosowanych „czynników spójni” należy zintensyfikować. W ten sposób zaczęto realizować pomysł utworzenia Unii Europejskiej w takiej jej postaci jaka została określona w Traktacie z Maastricht. Postawiono na integrację w trzech podstawowych płaszczyznach.

Po pierwsze, jest to płaszczyzna ekonomiczna, którą można nazwać płaszczyzną dobrobytu.

Po drugie jest to płaszczyzna instytucjonalno-prawna.

Po trzecie jest to płaszczyzna idei.

Decydenci spod znaku Traktatu z Maastricht akcentują w swoich wypowiedziach dwie pierwsze płaszczyzny intensyfikując w praktyce kroki z zakresu drugiej. O trzeciej płaszczyźnie mówią, że stanowi ona tylko konieczne uzupełnienie dwóch poprzednich.

Wydaje się jednak, że zrozumieli, iż Europę da się uratować przed dezintegracją tylko wtedy gdy nastąpi istotny postęp w tej trzeciej płaszczyźnie. Tutaj stawiają na to, co Straszewski nazwał „filozoficzną nową religią powszechną”. Jej punktem wyjścia mają być prawa człowieka i obywatela i hasło „Wolność, tolerancja, demokracja”. Jest to w istocie typowe, dojrzałe pogaństwo, wyrafinowane intelektualnie ale wewnętrznie sprzecznie i w istocie irracjonalne. Hasło jedności w sposób niejako naturalny wiąże się tu ograniczaniem wolności, tolerancji i demokracji ( tak prawnie jak i ideologicznie), z monizmem tak w perspektywie metafizycznej jak intelektualnej, religijnej, moralnej i kulturowej. Wszystko podlega ujednoliceniu i sprowadza się do paru pogańskich dogmatów, wśród których na pierwszym miejscu stawiana jest następująca zasada: „Człowiek jest najwyższą istotą we wszechświecie.” Stąd bierze się relatywizm poznawczy i moralny, permisywizm. W płaszczyźnie czysto religijnej promuje się, w istocie elementy buddyzmu i hinduizmu ujęte w języku New Age i masonerii. W istocie, jeśli przypatrzeć się dobrze, całej filozoficzno-religijnej otoczce Unii Europejskiej to rzuca się w oczy jej doktrynalne podobieństwo z tym, co zawsze proponowała masoneria.

W świetle tego, co mówi Straszewski, próba integracji europejska dokonywana w parciu o takie wyznaczniki tylko pogłębi egoizm indywidualny i zbiorowy i albo doprowadzi, w konsekwencji do kolejnych wojen albo spowoduje anarchię i, ostatecznie, rozpad Europy prowadzący do jej duchowego, moralnego, cywilizacyjnego i kulturowego unicestwienia.

Taki rozpad duchowy i moralny już, ewidentnie, nastąpił. Należy się więc spodziewać, że w najbliższym czasie (może to być 5, 10, 15 albo nawet i 20 lat) Unia Europejska przestanie istnieć.

Musimy być więc nie tylko przygotowani do całkowitej zmiany sytuacji politycznej, a co za tym idzie gospodarczej w Europie, w tym do sytuacji totalnej anarchii ale również powinniśmy już przygotowywać się do budowania prawdziwej Europy, Europy ojczyzn i wartości, Europy, którą scalić może tylko katolicyzm.